Dzisiaj, 1 czerwca, w Dniu Dziecka, moje cudowne wirtualne koleżanki-Pisarki (miedzy innymi Agnieszka Czachor, Olga Bartnik, Monika Pertek-Koprowska) wspominają swoje dzieciństwo.

Przy tej okazji i we mnie odżyła pewna historia sprzed lat. Nie wiem wprawdzie czy to, co pamietam, to moje własne wspomnienia, czy też na te moje nałożyły się i mamine opowieści, ale żadna z nas jej nie zapomni. 

Miałam wtedy jakieś sześć lat. U nas w domu zawsze gdzieś w szufladce z lekami był akron. Dzisiaj pewnie mało kto pamięta akron – to były takie spore żółte tabletki do ssania. Brało się je na ból gardła. No i zdarzało się, że mama mi dawała do possania taką żółtą tabletkę. 

Jak mnie ten akron smakował! Był słodko-kwaśny i ja go po prostu uwielbiałam. Był dla mnie jak najpyszniejsze cukierki.

A w tamtych czasach słodyczy się u nas w domu dużo nie jadało. Czasem trafiały się jakieś dropsy albo landrynki, no i bywało, że na imieniny mama dostawała w szkole praliny. Z ciastami było jeszcze gorzej. Mama nie przepadała ani za gotowaniem, ani tym bardziej za pieczeniem. Na ogół na święta kupowała babkę w proszku i wtedy mieliśmy wyżerkę.

Pewnego dnia, gdy rodzice byli w pracy (wtedy chyba pilnowała mnie babcia), po cichutku dobrałam się do szufladki z lekarstwami i najadłam się akronu. Bo jak już go znalazłam, to nie przepuściłam. Wyżarłam całe opakowanie, a było w nim na pewno z piętnaście tabletek. 

Na początku nikt niczego nie zauważył. Ale wystarczyło, że mama wróciła do domu i zaczęła ze mną rozmawiać. Kiedy tylko otworzyłam buzię, żeby odpowiedzieć, mama złapała się za głowę. Kazała mi natychmiast pokazać język. I wtedy zaczęłam przeczuwać, że coś się święci. Ale że ze mnie był mały uparciuch, zacisnęłam usta. 

Nic to nie dało, nie z mamą. Musiałam w końcu wystawić język – żółty jak skórka od banana. A mama-detektyw nie potrzebowała więcej niż sekundy, by odkryć, co zrobiłam. I już, ze wzrokiem rozbieganym, blada jak Królowa Mrozu,  ciągnęła mnie do szpitala.

Na szczęście do domu wrócił tato. Ze stoickim spokojem zaczął wypytywać mamę, co się stało. A  potem przesłuchał też winną (czyli mnie). No i okazało się, że od tego akronowego obżarstwa minęło wiele godzin. Skoro więc do tej pory dziecku się nic nie stało, i nic go nie boli, to nie ma  po co jechać do szpitala, zawyrokował.

Mama była innego zdania i podobno nieźle się ze sobą spierali. Potem tato jeszcze długo ją uspokajał.

A ja dziś tylko zachodzę w głowę, dlaczego od lat nie kupuję akronu. Bo oczywiście zagooglowałam i odkryłam, że akron nadal można u nas dostać! Chyba skoczę do apteki.

Pamiętasz akron?