Jak żyje się na północy Norwegii, gdy Matka Przyroda gasi światło? Jak dać sobie radę z miesiącami, kiedy świat od rana do wieczora otulają gęste ciemności? Ile tak naprawdę trwa w Tromsø styczniowy dzień? I jak przeżyłam tutejszą zimę? Zanurz się razem ze mną w magicznym mroku i posmakuj, jak wygląda noc polarna w Norwegii.

Koniec stycznia 2020. Polska zima. Tylko czy na pewno? Bo wychodząc na spacer, mam wrażenie, jakby za kilka dni miała wybuchnąć świeżością panna wiosna. Ptaki świergolą, na krzakach niczym pisklaki wykluwają się nowe pąki, z ziemi powoli wysuwają główki pierwsze śnieżyczki przebiśniegi. Tylko nie mają się przez co przebijać, bo śniegu ani na lekarstwo. 

Co robią Norwegowie w noc polarną

Przez malutkie okienko Facebooka zaglądam do Bente Pedersen, znajomej norweskiej pisarki mieszkającej na północnym krańcu Europy. I co widzę? Skibotn. Niewielkie miasteczko, gdzie mieszka Bente. Jest jedną z najpopularniejszych w Norwegii autorek sag (Raija ze śnieżnej krainy, Roza znad fiordów). Zimą Bente-artystka najczęściej oddaje się trzem czynnościom: czyta, pisze nową sagę i robi niezliczoną ilość cudnych zdjęć zorzy polarnej, która raz po raz wypływa na niebo tuż nad dachem jej domu. 

zorza w norwegii
Zorza polarna na Północy. Fot. Hubert Neufeld on Unsplash

Norweska zima „w pełni”

Przyglądam się styczniowym zdjęciom, które powstały kilka dni temu. Jednak nie tym z zorzą. Innym. Zrobionym w południe. Droga wzdłuż fiordu. Z jednej strony ociężałe od śniegu świerki przeklejone do skalistych zboczy. Przy nich pokryta grubą warstwą śniegu szosa, a dalej przymglony morski granat fiordu, od którego dzieli tylko żelazna, niska balustrada. Tej prawie nie widać, bo i ona cała skryła się w białej mufce. Północny wiatr siecze bezlitośnie, wzniecając nad drogą śnieżne tumany, jakby ktoś w górze rozdarł tysiące puchowych pierzyn i obsypał nimi ziemię. Niby wokół biało, lecz niebo jakieś przydymione, a uporczywy wiatr hula pomiędzy szczytami. 

Krajobraz ten z jednej strony wydaje się surowy i pełen niepokoju, z drugiej zachwyca wszechogarniającą tajemniczością. Dość często właśnie tak za dnia o tej porze roku wygląda daleka kontynentalna Północ – rejony Troms i Finnmark.

Polarny mrok “Paryża Północy”

W tej samej chwili wracam wspomnieniem do mojej własnej zimowej przygody z Północną Norwegią sprzed lat. Jednak nie do Skibotn mnie wtedy przywiało, a do pięknego Tromsø, zwanego przez jednych Wrotami Arktyki, przez innych Paryżem Północy (o tym, skąd wzięła się ta niezwykła nazwa, opowiem już wkrótce w odrębnym artykule). 

Centrum Tromsø, siódmego co do wielkości miasta kraju fiordów, rozpiera się leniwie na wyspie Tromsøya. Ze stałym lądem łączy ją most o długości 1036 m. Przewędrowałam nim setki razy w tę i powrotem, bo mój dom znajdował się na stałym lądzie, w spokojnej dolinie Tromsdalen. Zimą trasa z domu do centrum zwykle zajmowała mi ok. 50 minut.

most-Tromso-norwegia
Tromsøbroen. Fot. D. Santorska

Dzień krótki jak zajęczy ogon

Pan Bóg najwidoczniej ukochał sobie to miejsce na ziemi, bo dał miastu przepiękne położenie. Co więcej, pozwolił mu otulić się ciepłym szalem Zatokowego Prądu zwanego Golfstromem. I dlatego zima w Tromsø wcale nie jest szczególnie surowa. A przecież miasto leży na tej samej szerokości geograficznej, co znaczne obszary Syberii. Tymczasem temperatury styczniowe oscylują tu wokół -5 do -8 stopni C. Tylko ta ciemność nocy polarnej…

Właśnie w takich „mrocznych” okolicznościach zaczął się mój pobyt w tym mieście. Przybyłam do Tromso z Nowym rokiem, w drugi dzień stycznia i… zaniemówiłam.

Wszystko było tu dla mnie nowe i takie inne. Zalegające wszędzie zaspy, wysokie śnieżne korytarze przy wejściach do domów. Gęsta ciemność nocy. Szarość krótkiego jak zajęczy ogon dnia. Ale i niesamowita świeżość w każdym wdychanym do płuc hauście powietrza. No i uprzejmość ludzi. „Dzień dobry” słyszy się tu od obcych na każdym kroku. 

Ta zalegająca nad światem ciemność dopadła mnie tak niespodziewanie i z takim impetem, że nawet nie zdążyłam popaść w przygnębienie. Przeciwnie. Zadziwiła mnie i zarazem zafascynowała. Zwłaszcza że tonące w polarnym mroku wyspiarskie centrum miasta… rozświetlały tysiące świateł.

noc-polarna-w-tromso
Fot. Ludovic Charlet on Unsplash

Jak przeżyłam zimę w Tromsø

Na pewno bez trudu możesz sobie wyobrazić, że budzisz się o siódmej, a na dworze panują ciemności. Tak jest przecież u nas w Polsce. Ale potem szybko wstaje dzień. W Tromsø nie ma co o tym marzyć. 

Gdy w Tromsø o siódmej dzwoni budzik, to tak jakbym zerwała się w środku nocy. Wstaję, myję się i ubieram, potem krzątam po kuchni, przygotowując norweskie śniadanie. Aromatyczny zapach przyrządzanej w dzbanku Ali kaffe już przyjemnie drażni zmysły. Siadamy z gospodynią przy stole przytulonym do okna. Chwila rozmowy, nim obie wyruszymy każda w swoją stronę. Ona do pracy, ja na uczelnię. Jasny snop ciepłego światła wiszącej nad głowami lampy łagodnie rozjaśnia kuchnię. Przez chwilę milczymy. Wyglądamy na zewnątrz…

Ciemno.

Czas płynie. Sprzątam po śniadaniu. Jeszcze szybka wizyta w łazience, mycie zębów i jestem gotowa do wyjścia. Dziś mam zajęcia na uniwersytecie. Otwieram szafę, zakładam kurtkę, jeszcze szukam rękawiczek i czapki. Zbliża się ósma. Wychodzę, zamykam drzwi. Ruszam na przystanek autobusowy. Pod stopami skrzypi śnieg gdzieniegdzie rozświetlamy smugami przydrożnych lamp. Spoglądam w niebo.

Ciemno.

Po czterdziestu minutach docieram na uczelnię. Tu wszystkie światła zapalone. Mija kolejna godzina, zbliża się dziesiąta. Znowu podchodzę do okna i wyglądam na zewnątrz. Oho, na niebie w oddali wreszcie lekko się rozjaśnia. Niedługo będzie można zgasić światło.

Gdy nastaje południe, krótka przerwa na lunch. Ze zdziwieniem spoglądam na posmutniałe chmury. Jakoś tak niby jasno, ale co to za dzień? Taki smętny, poszarzały? Wzdycham i zabieram się do nauki. Gdy dochodzi trzynasta, wstaję, znowu zapalam światło, bo już z trudem odczytuję materiał z książki, którą dziś studiuję. Znowu zerkam na pejzaż za oknem. Oto w Tromsø kończy się dzień! 

Tromsdalstind, Tromsø
Tromsdalstind, Tromsø. Fot. I. Krepsztul_Załuska

Noc polarna w Norwegii i dnia tyle co kot napłakał

Nie ma rady. Ciemność na północy Norwegii trzeba po prostu polubić. Zwłaszcza w listopadzie i grudniu, gdy słońce ani na chwilę nie wychyla nosa spod linii horyzontu. W Tromsø czeka Cię o tej porze co najwyżej dwie-trzy godzinny dziennego światła, a i tak często wydaje się ono jakby przygaszone. Choć może czasem dopisze Ci szczęście. Gdy niebo jest przejrzyste, wtedy przyroda-artystka odmalowuje na nim niezwykłe kolory błękitu czy pomarańczu.

Zimą w Polsce brak słońca odbiera mi energię. Za to noc polarna w Norwegii była tak inna od wszystkiego, co znałam! Chłonęłam ją całą sobą. Nie w głowie mi była zimowa melancholia, bo północna przyroda zapierała dech w piersi. I nawet w mroku objawiała swoje piękno. Serce i duszę rozgrzewały godziny spacerów pieszych, dziesiątki wycieczek na biegówkach trasami oświetlonymi albo w ciemności rozjaśnionej tylko światłem księżyca. Nocne polowania na zorzę polarną. Zadumanie i zachwyt w obliczu gęstego polarnego  mroku i niezwykłej ciszy. 

I grono serdecznych przyjaciół. Przyjazny dom Kari i Helgego Stangnesów. W dużej mierze to dzięki nim ta „mroczna” przygoda na dalekiej Północy stała się dla mnie niezapomnianym i jednym z najjaśniejszych norweskich wspomnień. 

Czy wyobrażasz sobie życie w takich warunkach, na dalekiej Północy?