Nowelka

Obudziła się wczesnym rankiem. Wolno uchyliła powieki. Ciemność otulała ją niczym czarny płaszcz zorro. Westchnęła. Przewróciła się na lewy bok i wyciągnęła rękę po leżącą na stoliku obok łóżka komórkę. Wcisnęła boczny klawisz, by rozświetlić ekran. 

– Au!

Musiała przymrużyć oczy, bo jasność bijąca od ekranu smartfona aż zakłuła gdzieś pod gałkami oczu. Po chwili wzrok przywykł do blasku. Spojrzała na zegarek. 

Czwarta cztery

Hm…  Znowu zagina rzeczywistość. Od pewnego czasu jej się to zdarzało. Niemal za każdym razem gdy zerkała na zegarek – i to jakikolwiek – w komórce, na wyświetlaczu piekarnika w kuchni, albo ten na ekranie komputera, widziała na nich magiczną godzinę. Czwarta cztery. Siedemnasta siedemnaście. Dwudziesta druga dwadzieścia dwie. Zauważała to nie raz, nie dwa, lecz wiele razy na dzień. W takich chwilach uśmiechała się do siebie. Czarownica.

A właściwie co tu się dziwić? W końcu nosi imię Valborg. Zupełnie jak ta angielska zakonnica, Walpurga, żyjąca w VIII wieku, wykształcona, pisząca, o której czasem mówiło się, że to pierwsza kobieta-pisarka. 

Valborg też pisała. Jej życie, odkąd pamięta, wypełniały książki pełne magii. I te w pracy, które redagowała całymi dniami, i własne opowieści, pisane w zaciszu małego pokoiku z oknem wychodzącym na zdziczały ogród. Miała za sobą długie wędrówki po świecie fantasy, a  początek tym wędrówkom dała Saga o Ludziach Lodu.

Czarownica

Tak. Coś w tym musiało być. Bo jeszcze te czarne koty. Do nich Valborg ciągnęło całe życie. Jeśli koty w domu to najchętniej właśnie czarne. I charakterne. Teraz miała dwa.   

Odłożyła komórkę na stolik i przewróciła się z powrotem na plecy. 

Przypomniała sobie wczorajszy telefon z wydawnictwa. Znowu pilna redakcja. Na wczoraj. A ona właśnie zaczęła obmyślać kolejną powieść. 

Dotąd jednak wszystko, co napisała, na ogół lądowało w otchłaniach niezliczonych komputerowych plików. Jeśli nie liczyć prac wysyłanych na konkursy. Gdy po raz pierwszy zdecydowała się wysłać jedną nich na skromny konkurs literacki i przyznano jej nagrodę, zdumiała się. Ona i wyróżnienie? Jak to? Czy to znaczy, że mogłaby…

Od tamtej pory to uczucie nie dawało jej spokoju. Przewracało się gdzieś w niej, poczynając od żołądka. Delikatnie mrowienie, które rozpełzało się wolniutko w górę, rozpierało pierś, a potem spływało wzdłuż ramion  aż po koniuszki palców. I łaskotało. Niekiedy się przyczajało, milkło na kilka dni, by potem odzywać się ze zdwojoną siłą. Najczęściej działo się to głęboką nocą albo nad ranem. Wtedy Valborg budziła się i gapiła w okno uchylające się nad jej głową na granatowe-czarne niebo, i snuła te swoje niestworzone historie. Historie o huldrach, upiorach i strzygach – bo to one niezmiennie ją fascynowały.

Tak ją to pochłonęło, że od kilku już miesięcy budziła się każdego dnia około czwartej nad ranem. I rozmyślała o tym, jak by to było, gdyby została sławną pisarką…

Oczami wyobraźni

widziała siebie samą z książką w dłoni. Z książką przez nią napisaną. Nowiutką. Egzemplarz sygnalny prosto z drukarni, jeszcze ciepły, pachnący drukarską farbą. Z okładką soft touch, po której z rozkoszą wodziłaby koniuszkami palców, czując promieniujące od niej ciepło. 

Nagle gdzieś na parterze domu rozległ się okropny łoskot. Tak przynajmniej Valborg to odczuła. W środku nocy, w otaczającej dom ciszy, nawet szum wody przepływającej w rurach wydawał się ogłuszającym hałasem. Gorąco rozpłynęło się po jej policzkach. Czy to koty coś na dole zwaliły? A może…. Jezu Chryste! A jeśli to złodziej? Serce w jednej chwili załomotało niczym tłoki w silniku bolida na starcie rajdu. Może ktoś się zaczaił, podpatrzywszy wcześniej, że mieszka w domu sama?

Co robić, co robić? Chyba powinna wstać i sprawdzić. Ale strach już rozpełzł się po każdym skrawku jej ciała jak wszędobylskie mrówki, i nie odpuszczał. Zastygła.

W końcu zdołała się opanować na tyle, że odsunęła na bok kołdrę. Podniosła się z łóżka cichuteńko, wsunęła stopy w kapcie. Niemal bezszelestnie podeszła do schodów i zaczęła schodzić w dół. Po każdym kroku zatrzymywała się i nasłuchiwała. 

W domu panowała cisza

To dziwne, pomyślała, bo przecież powinna przynajmniej usłyszeć miarowe tykanie zegara w salonie. Na ścianie w najbardziej okazałym miejscu wisiał bowiem stary  piękny zegar, który przejęła po babci. Niezwykły, najcenniejszy mebel w jej domu. Właściwie jedyny cenny mebel w jej domu. Może to właśnie po ten zegar ktoś się włamał?

Ta myśl ją sparaliżowała. Zastygła na przedostatnim stopniu schodów, ręka zacisnęła się kurczowo na drewnianej jesionowej poręczy. Serce wstrzymało bieg, dojmująca cisza boleśnie wgryzała się w mózg. 

I wtedy z gabinetu obok kuchni, od którego dzieliły ją ze trzy metry, rozległ się przeraźliwy koci wrzask. Valborg otrzeźwiała. Jeśli koty się drą, to dobry znak. Nie pomyślała, że mógł to być pozbawiony skrupułów złodziej w brutalnym geście zaciskający na kociej szyi barbarzyńską dłoń. 

Nie zważając na nic, wpadła do gabinetu i nacisnęła włącznik przy drzwiach. Światło oblało pokój jaskrawożółtą poświatą. Znowu musiała przymknąć oczy. 

Gdy je otworzyła, na podłodze, na środku pokoju ujrzała stos bezładnie porozrzucanych książek. Mimowolnie podniosła wzrok, spojrzała na półki. Dwie najwyższe, prawie pod samym sufitem, świeciły pustkami. A więc to stamtąd książki spadły na podłogę. Tylko jakim cudem? Koty nie mogły się tam dostać. A może? 

Przyjrzała się leżącym na podłodze woluminom. Saga o Ludziach Lodu… No tak, tę serię ustawiła na dwóch najwyższych półkach. Że też akurat ta saga…

Za plecami usłyszała ciche miauknięcie. Odwróciła się. Za nią w drzwiach pokoju siedział z utkwionym w niej wzrokiem jeden z jej czarnych kotów. Zatopiony w bezruchu. Zdumiała się, bo kocie oczy płonęły niecodziennym blaskiem. Zwykle zielone jak wiosenna trawa, teraz miały odcień palącej żółci. Zupełnie jak żółte oczy Ludzi Lodu, przemknęło Valborg przez myśl.

Znowu się odwróciła. Powinna pozbierać te porozrzucane książki…

Ale co to?

Na samej górze sterty dostrzegła egzemplarz inny niż wszystkie. Jej uwagę przykuło to, że na jego śnieżnobiałej okładce nie było prawie nic. Ani tytułu, ani żadnej grafiki. Niemal biała pustka. 

Z jednym wyjątkiem. Tylko imię i nazwisko.  

Podeszła bliżej, schyliła się i podniosła go. Tylko imię i nazwisko. Jej własne.

Cofnęła się mimowolnie. Parsknęła. Co, u licha?

W kolejnym odruchu otworzyła książkę na pierwszej stronie. Pusta biała kartka. Wzdrygnęła się. Przewróciła kolejną, spojrzała na stronę tytułową. Znów tylko jej imię i nazwisko. Nic więcej. Żadnego tytułu. Ani wydawcy. Ręka zaczęła jej drżeć. Niepewnie przewróciła następną kartkę…

Tam gdzie powinien zaczynać się tekst powieści – cokolwiek by to miało być – znowu kłująca biel papieru. 

Nagle z salonu dobiegły ją dźwięczne odgłosy zegara wybijającego pełną godzinę. Podniosła głowę. Raz, dwa trzy, cztery pięć…

Gdy ponownie zerknęła na tomik, który ściskała w dłoni, naszło ją dziwne przeczucie. Teraz już śpiesznie przewracała kolejne strony. I nic. Wielkie nic. 

Zacisnęła wargi, z niedowierzaniem spoglądała na tę pustkę. Jak to? Książka z jej nazwiskiem, w której nie znalazłoby się ani jedno zdanie, ani jedna myśl? Jej własna książka i zero treści? Czy to znaczy, że na nic jej nie stać? Przecież właśnie układała w głowie nową powieść. Tyle lat pracy, tyle czytania, tyle tysięcy poprawionych zdań i nic?

Nawet nie pomyślała o tym, skąd taki przedziwny egzemplarz mógł znaleźć się na jej półce. Bo przecież już to samo w sobie wydawało się kompletnie irracjonalne. Pusta książka! Żaden wydawca nie publikuje pustej książki! 

Potrząsnęła głową, odrzuciła książkę na podłogę, jakby się oparzyła. O kotach kompletnie zapomniała. Bez wahania zawróciła na górę, pokonując po dwa stopnie na raz. 

W łazience błyskawicznie spłukała twarz zimną wodą, sięgnęła po szczoteczkę, umyła zęby. Włosy niedbale przeczesała i związała gumką. Ubrała się i potem jeszcze raz zeszła na dół, by zrobić sobie kubek kawy. 

Pięć minut później zasiadła przy biurku, włączyła komputer, odpaliła worda i zaczęła pisać.

Nie pamiętała

czy tego dnia cokolwiek jadła. Pisała, pisała, pisała. Dzień spłynął ostatnią godziną, potem następny. I następny. I tak prawie przed miesiąc. 

W ostatnim dniu pracy nad książką zeszła na chwilę do kuchni, by zaparzyć sobie kolejną kawę. Po drodze zajrzała do gabinetu i mimowolnie zerknęła na najwyższą półkę. Dzisiaj była zapełniona książkami. Cała Saga o Ludziach Lodu stała na swoim miejscu. Valborg zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu białej okładki książki, ale nigdzie jej nie dostrzegła. Szukała kilka minut, dokładnie przeglądała wszystkie półki. I nic. Książka jakby się rozpłynęła, a przecież od tamtej przedziwnej nocy nie miała jej w ręku. Wzruszyła ramionami i wróciła do kuchni po kawę, a potem znowu do pracy.

Gdy postawiła kropkę kończącą ostatnie zdanie powieści, oparła się plecami o oparcie fotela i odetchnęła z ulgą. Był późny wieczór. Ostatni dzień kwietnia.

Spojrzała przez okno na ogród malowany wiosenną zielenią i zachodzącym złotawo-czerwonym blaskiem, a potem rozprostowała zesztywniałe palce i… zamarła.

Zwykle smukłe, starannie przycięte paznokcie w kształcie migdałków pociemniały. Nienaturalnie długie, drapieżnie wyostrzone lekko drżały, jakby za chwilę miały pochwycić martwą zdobycz.

Magdalena Wytrębowicz

Noc Walpurgi

Valborg to norweski odpowiednik imienia Walpurga lub Walborga.

Noc Walpurgi – według dawnych wierzeń to noc sabatu czarownic, które ściągały ze wszystkich stron świata na górę Brocken, by tu spotkać się z Demonem. Ma swoje  korzenie w kulturach krajów nordyckich i Europy Środkowej. Obecnie Noc Walpurgi obchodzi się w krajach skandynawskich i germańskich na pamiątkę angielskiej zakonnicy, Walpurgi, którą kanonizowano 1 maja 870 r. 

Wieczór ten inicjował nadejście wiosny. By odegnać złe moce, rozpalano ogniska, obchodzono domostwa z pochodniami, odstraszano zło klekotem kołatek, na ścianach domostw rozwieszano zioła i kwiaty.

Noc Walpurgi następuje dokładnie w sześć miesięcy po dniu Wszystkich Świętych (1 listopada).

PS. Jeśli choć trochę spodobała Ci się ta historyjka, zostaw, proszę, komentarz. A jeśli się nie spodobała, to napisz dlaczego. Może następną nowelkę poprawię wg Twoich wskazówek…